Recenzja Yooka-Laylee

Yooka-Laylee ukazało się na konsoli Nintendo Switch 14 grudnia 2017 roku i stworzone zostało przez Playtonic Games (osoby, które kiedyś tworzyły w Rare takie tytuły jak: Banjo Kazooie i gry z serii Donkey Kong). Dorobek ekipy jest więc wielki. Czy gra o jaszczurce i nietoperzu udała się? Jak się prezentuje i czy warto w nią zagrać dowiedzie się z tej recenzji.

Na początku chciałbym napisać jeszcze o problemach wydawniczych na konsolach Nintendo. Najpierw gra wyszła tylko na PlayStation 4 i Xbox One, a miała wyjść też na Nintendo Wii U. Powstanie Yooka-Laylee zapoczątkowano na platformie Kickstarter. Projekt się opłacił, więc twórcy dostali zielone światło. Tym samym dowiedzieli się że jest zapotrzebowanie na platformówkę 3D podobną do Banjo Kazooie. Niefortunnie jak się później okazało dla posiadaczy konsol Nintendo gra na Wii U została anulowana, ale na szczęście zapowiedziano stworzenie gry na Nintendo Switch. Wydanie Yooka-Laylee na „pstryka” było jednak odłożone w czasie niż premiera na konsole Sony i Microsoftu. PlayStation 4 i Xbox One dostały grę na fizycznym nośniku w pudełku. Tytuł na hybrydę Nintendo ukazał się osiem miesięcy później i tylko w wersji cyfrowej. Yooka-Laylee w pudełkach wydała firma Limited Run, w wyższej cenie i niższym nakładzie – bardziej dla kolekcjonerów. Z powodu tych perturbacji i moim zdaniem złych decyzji wizerunkowych twórców odkładałem zakup tej gry. Skoro ekipa dewów ze starego Rare (którzy kiedyś gry na SNESa i N64 zamieniali w arcydzieła) nie chciała przypodobać się fanom Nintendo po latach rozłąki, to i ja wstrzymywałem się z zakupem. Wersja, która wymagała dodatkowej pracy została odłożona na później. Nintendo zostało odstawione na bok, na za jakiś czas i gra nie została wydana normalnie w pudełkach jak na pozostałych platformach. Jednak po 50% obniżce po półtora roku od premiery na Nintendo Switch, zakupiłem wersje cyfrową i nie żałuje… nawet mógłbym powiedzieć, że żałuje, że zagrałem tak późno. Przejdźmy do recenzji.

W grze sterujemy kameleonem Yooka i nietoperzem Laylee. Każdy z nich ma jakieś umiejętności, które w duecie sprawdzają się idealnie. Jaszczurka turlając szybciej się porusza, a skrzydlaty „nietoperek” może unosić obu bohaterów. Poznajemy ich gdy pod przedsiębiorstwem Hivory Towers wylegują się na polance i rozmawiają. Nagle leżąca obok książka zaczyna się poruszać i odlatuje. Jak się po chwili okazuje zostaje wciągnięta przez maszynę, którą uruchomili główni źli, czyli Capital B. i Dr Quack. To oni kradną wszystkie książki świata by zmonopolizować branżę wydawniczą. Tym sposobem kameleon i nietoperz wyruszają na poszukiwania.

W całej grze do zebrania jest 140 kartek, które w odpowiednich ilościach odblokowują nowe światy, a także pozwalają na ich rozbudowanie. Są tym, czym gwiazdki w Super Mario 64 lub puzzle w Banjo Kazooie. Dodatkowo w każdym świecie do zebrania jest po 200 piór rozsianych po całym levelu (za nie u sklepikarza odblokowujemy możliwość zakupu umiejętności). Jak to w platformówkach bywa – zbieracze będą mieli co szukać i kompletować. Poza tym są jeszcze różne sekrety, mini gry, labirynty… po prostu jest co robić. Z Yooka-Laylee spędziłem 39 godzin robiąc 100%.

Gra zbudowana jest w taki sposób aby wracać do wcześniej odwiedzonych lokacji. Dla przykładu gdy zobaczycie umieszczoną pod wodą kartkę, kratę i przycisk, to i tak nie będziecie mogli go wcisnąć. Obok umieszczone śmigło kręcąc się tworzy prąd odpychający bohaterów i przeszkadza w tej czynności. Dopiero w kolejnym świecie zdobędziecie umiejętność, która sobie z tym poradzi. Takich akcji jest dużo, więc trzeba kojarzyć co się zostawiło na później i gdzie wykorzystać nabyte umiejętności w poprzednich planszach.

Gra to platformówka pełną gębą. Bohaterowie mogą skakać, latać, pływać, zmieniać swoją formę, atakować, strzelać… są wszechstronni – więc i gra jest zróżnicowana. W każdym świecie znajdziemy misję, w której poruszamy się wózeczkiem kopalnianym i zbieramy kryształy. W każdym jest też boss do pokonania, a także możliwość zagrania na automacie arcade w różne minigierki u dinozaura Rextro Sixtyfourus. Aby zagrać należy wcześniej znaleźć żeton do maszyny (pamiętacie automat arcade z pierwszym Donkey Kong umieszczony w grze Donkey Kong 64?). Poza tym Yooka i Laylee mogą zmienić swoją formę, np w pojazd odśnieżający czy też w helikopter. W tym przypadku również wcześniej trzeba znaleźć odpowiedni przedmiot – MollyCool – aby uruchomić przyrząd transformujący (tu twórcy nawiązują do szamana Mumbo Jumbo z Banjo Kazooie). Każda plansza zawiera też po pięć duszków do odnalezienia (jak Jinjo z wcześniej wspomnianej gry na N64). Za wszystkie te aktywności, a także za wypełnianie różnych misji i rozwiązywanie zagadek logicznych, spostrzegawczych czy platformowych zdobywamy oczywiście karty książki.

Między światami kilka razy będziemy musieli zagrać w Quizie wiedzy o grze (ile aktualnie mamy zdobytych kart, odpowiedzieć na pytanie odnośnie przebytej planszy lub wskazać z jakiej pochodzi pokazane zdjęcie. Tego typu turniej był też dostępny w rozbudowanej formie w hicie Rare na N64, który już kilka razy wymieniłem. Jest to fajna zagrywka bo trzeba być czujnym i wsiąknąć w tytuł. Zresztą humorzasty Dr. Quack i tak Wam powie, że wszystkie odpowiedzi są w internecie. Twórcy nawiązują do klasyki gatunku i żartują sobie z gracza.

Jeśli chodzi o muzykę to jest ona fajna, ale niestety nie zapada w pamięci. Ciągle w głowie siedzi mi motyw z Banjo Kazooie i mogę go zanucić po 20 latach, a tu po prostu muzyka jest tłem wydarzeń, brzmi i pogrywa do tego co dzieje się na ekranie. Warto też wspomnieć, że przypominała mi trochę nutę z Mario+Rabbids Kingdom Battle. Postacie podczas rozmów wydobywają z siebie jakieś jęki i bełkoczą (a gracz musi czytać napisy w języku angielskim).

Kolorowa oprawa i design światów jest fajny ale nie rewelacyjny. Pierwsza plansza Tribalstack Tropics spodobała mi się wizualnie. Jest jasna, pokryta zielenią ze starymi ruinami i jest ogromnym obszarem do zwiedzania. Kolejne lokacje trochę straciły na uroku, były mniejsze i bardziej nastawione na korytarze, pomieszczenia lub wysepki. Ostatni świat jednak znów zaskoczył, głównie ze względu na kolorystykę. Bohaterowie są mili w odbiorze, przeciwnicy natomiast trochę karykaturalni i wydają się być podobni do siebie w zależności od świata, w którym występują w zmienionej wersji. Pomysł na rozbudowywanie plansz to ciekawostka. Za pierwszym razem gdy zwiedzamy poziom widząc kończącą się nagle ścieżkę zastanawiamy się po co i dlaczego? Jak się później okazuje po powiększeniu planszy można tą drogą pójść dalej i eksplorować. Oczywiście chciałoby się jeszcze więcej plansz. Zróżnicowanie misji jednak jest tak duże, że światy czasami są hubami do mniejszych lokacji, które nawiązują do stylu planszy ale wyglądają inaczej.

Yooka-Laylee na Nintendo Switch to bardzo udana gra. Czasami zdarzają się jakieś drobne przycięcia animacji na które szczerze mówiąc nie zwracałem uwagi bo po prostu świetnie się bawiłem. Tytuł na hybrydzie Nintendo ogrywałem głównie stacjonarnie ale zdarzało mi się także zagrać przenośnie. W obu przypadkach gra prezentowała się tak samo. Całość przeszedłem też na zdefiniowanym konsoli zestawie kontrolerów jakimi są Joy-Cony w gripie. Gra jest spokojna, nie wymaga dużej dynamiki działań, więc platformówkowa eksploracja światów przebiega naturalnie.

Yooka-Laylee jest hołdem dla starych platformówek, ciągle widzimy jakieś nawiązania do Nintendo 64 i Banjo Kazooie – ten tytuł wymieniłem w tej recenzji chyba tyle samo razy co tytuł recenzowanej gry. W jednej z aktualizacji twórcy udostępnili też za darmo możliwość narzucenia filtra, który z oprawy HD uczyni grę rozmazaną i zamgloną jak na N64. Dinozaur od maszyn arcade też jest swego rodzajem wspomnieniem starych „lepszych czasów – „sześćdziesięcio czwórki”. Yooka-Laylee to wypisz wymaluj Banjo Kazooie (dwóch bohaterów, bełkot zamiast voice actingu, podobne mechanizmy rozgrywki), choć chyba troszkę w mniejszym formacie. Wychowałem się na platformówkach, szczególnie tych 3D. Za młodu ogrywałem Mario 64, Banjo, DK64… lista jest o wiele dłuższa, także siłą rzeczy Yooka-Laylee musiał mi się spodobać… no i się spodobał. Jest to platformówka której oczekiwałem, z naleciałościami dwutysięcznego roku. Jeśli dwadzieścia lat temu graliście na Nintendo 64 to nie możecie przejść obojętnie obok tego tytułu. Jeśli jesteście młodsi i wasze doświadczenia z grami nastąpiły w momencie, gdy cały gatunek gier platformowych spadł z tronu, a berło potoczyło się jeszcze gdzieś w kąt – to możecie czuć, że gra jest trochę nie na czasie. Jeśli uważacie gatunek platformówek za dziecinny lub po prostu podchodzicie do niego od czasu do czasu, to odejmijcie sobie jeden punkt od oceny końcowej. Jeśli jednak tak jak ja wychowaliście się na klasykach gatunku – to będziecie zadowoleni.

  • 9/10
    Grywalność - 9/10
  • 9/10
    Grafika - 9/10
  • 8/10
    Dźwięk - 8/10
8.7/10

Yooka-Laylee

jest hołdem dla starych platformówek, ciągle widzimy jakieś nawiązania do Nintendo 64 i Banjo Kazooie. Jest to gra z naleciałościami dwutysięcznego roku. Jeśli dwadzieścia lat temu graliście na N64 to nie możecie przejść obojętnie obok tego tytułu.

One comment on “Recenzja Yooka-Laylee

  1. mini21 o

    Gra może i fajna (choć jak dla mnie nie dorasta do pięt Mario Odyssey) to jednak dźwięk „dialogów” to coś potwornego.
    Kto to wymyślił (tzn. to nic nowego, od dawna stosowany zabieg bo już chyba wspomniane Banjo Kazooie przyjęło taką formę dialogów)?
    Są MZ straszne.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *